Kolarska karuzela

W ostatnich latach sezon kolarski drastycznie się wydłużył. Kurz spod kół kolarskich dobrze nie opadł, a już mamy zmagania a.d. 2018. Do tego w „martwym” sezonie szosy, zimową smutę rozpogadzają zmagania na torze (sześciodniówki, Puchar Świata) oraz „przełaj”.

Pierwsze zachęcają nas, aby samemu poczuć adrenalinę ostrego koła. Drugie, aby pobarować się z rowerem na grząskim terenie. Oba dostępne dzięki nowym technologiom  zapewniającym sygnał (najczęściej za pośrednictwem współpracy UCI z kanałem youtube) praktycznie wszędzie. Dzięki temu,  w każdy weekend, ku utrapieniu części domowników, oglądamy kolarzy. Tym razem w wersji rowerowych zapasów w błocie, bądź śmiałków bez hamulców jeżdżących po drewnianych torach, przypominających cyrkową „beczkę śmierci”. Jeśli ktoś do końca nie byłby ukontentowany takim obrotem sprawy, to stworzono szereg zmagań dla trenażerowych masochistów. Można ścigać się w wirtualnym wyścigu, bić rekordy komputerowo wygenerowanego przejazdu, bądź w inny – równie wymyślny – sposób uatrakcyjnić stacjonarne męczarnie. Z obowiązku wspomnieć trzeba o bicyklowych eskapadach. Jeden wyjazd już nie wystarcza. Teraz należy jechać na obóz przygotowujący do obozu, który będzie przygotowywał do sezonu. Oczywiście w tak zwanym międzyczasie należy robić wygibasy stabilizacyjne, rolować się wałkiem i „relaksować się” ogólnorozwojówką. Do wyboru, do koloru!

To wszystko doprowadziło, w sposób spontaniczny – choć napędzany naszą ślepą rywalizacją i merkantylnym źródłem motywacji korporacyjnych konglomeratów – do tego, iż mamy 365 dni kolarskich w roku. Dziś zatem zatarło się pojęcie odpoczynku, przerwy od roweru. Bo choć nawet fizycznie na niego nie wsiądziemy, to za sprawą wspomnianych alternatyw, mentalnie wciąż na nim siedzimy. Jako kibice, też w żaden sposób nie jesteśmy wyposzczeni, bo kolarzy można oglądać (w różnych konkurencjach i wariantach) praktycznie non-stop. Do tego portale rowerowe, nowości sprzętowe, internetowe kanały itd. I tak sezon się zapętla. Już trudno się połapać w tym wszystkim. Całe szczęście pro tour’owe drużyny zmieniają wygląd strojów. Dzięki temu idzie jakoś zorientować się, że mamy nowy sezon.

Owa rowerowa hipertrofia jest niezaprzeczalnym świadectwem rozrostu oraz globalizacji szerokorozumianego kolarstwa. To niewątpliwy promocyjny, jak i również, a może przede wszystkim, handlowy sukces. Spory i do tego wieloaspektowy biznes, przekształca niepostrzeżenie nas, miłośników kolarstwa w konsumpcyjne zombie. Ile godzin spędziliśmy na szukaniu sprzętu, bezwiednie przeglądając asortyment w kolejnym sklepie rowerowym? Ile razy bezcelowo rozważamy zakupy rzeczy do niczego nam nie potrzebnych? Prawdą jest, że dziś jakość, precyzując trwałość większości rzeczy jest najzwyczajniej kiepska. Jednak to co napędza najbardziej zakupy, to nasza niepohamowana żądza. Staliśmy się dziećmi w sklepie z rowerowymi zabawkami.

Cała ta karuzela kręci się szybciej. Jedni mają z tego jeszcze większą zabawę, inni mają zawroty głowy i mdłości, kolejni szukają form zastępczych, a jeszcze inni w sposób niezauważony rzucają to w diabły, pozostawiając kolarstwo w sercu. I właśnie to jest w rowerze piękne. Jest nieskończenie pojemny. Tu każdy znajdzie swoje miejsce.

Sebastian Rubin